Thursday, October 30, 2008

Zeszłam z rozmiaru 30 do 18 - Część 1

Mam 55 lat i jestem rozwiedziona. Mniej więcej rok temu ważyłam 175 kilogramów. To jest dziedziczne w mojej rodzinie, ze strony mamy wszyscy rodzice i ich najstarsze dziecko - ale tylko najstarsze, czyli również ja - są grubi. Przez większość młodszych lat byłam raczej szczupła. Jednak po urodzeniu syna i córki przybrałam na wadze, a potem na zmianę chudłam i tyłam. Przez lata próbowałam wielu diet i zawsze udawało mi się schudnąć. Na jednej bardzo ostrej diecie schudłam nawet 45 kilogramów, jednak nadwaga zawsze w końcu wracała.
Nigdy nie lubiłam śniadań, nie piłam też kawy. Nie palę i nie piję alkoholu. Miałam zwyczaj nic nie jeść przez cały ranek, nawet żadnej przekąski. Potem na lunch jadłem to co wszyscy w moim biurze. Nie zastanawiałam się nad tym. To mogła być chińszczyzna albo hamburgery, wszystko co dziewczyny zamówiły. Często zamawiałyśmy  pełen lunch, który przywozili nam do biura - bardzo lubiłam makaron.

Potem nie jadłam nic do obiadu. Żadnych przekąsek po południu. Na obiad zazwyczaj mięso, warzywa, sałatka i coś ze skrobią - makaron albo ziemniaki. Nigdy nie przepadałam za ryżem. Natomiast bardzo lubiłam inne węglowodany - pizzę i kanapki. Wolałam zjeść kanapkę niż stek z ziemniakami. No i ciasta - uwielbiam ciasta, nie zależy mi na cukierkach, ale lubiłam pieczywo i desery. Napojów gazowanych nie piłam zbyt dużo. Prawdę mówiąc nigdy nie chce mi się za bardzo pić i to mój kolejny problem.

Wszyscy mówili, zapisz się do Strażaków Wagi. Wypróbuj dietę Jenny Craig. Próbowałam wszystkiego, pewnego dnia rozmawiałam z pewną dziewczyną z naszego biura i powiedziałam do niej: “Słuchaj, jak ty świetnie wyglądasz”. A ona na to: “Bo jestem na tej diecie, o której się niedawno dowiedziałam, dieta nazywa się doktora Agatstona”. Dała mi kopię, a ja zaczęłam stosować dietę South Beach. W ciągu roku straciłam ponad 60 kilogramów.

Ale na początku, kiedy spojrzałam na te zasady (wiadomo, że każda dieta posiada jakieś) i zobaczyłam, że trzeba ograniczać węglowodany, stwierdziłam że nie jestem w stanie jej stosować. Potem jednak powiedziałam sobie: “Słuchaj, musisz to zrobić, odchudzanie jest konieczne”. Więc zdecydowałam - w tym domu nie będzie już więcej chleba ani mleka. Dotąd musiałam zawsze mieć w zapasie ze 20 paczek makaronu. Córce powiedziałam: “Słuchaj, jeśli chcesz sobie zrobić kanapkę, idź kup bułkę i zrób. Ja tylko nie chcę, żeby leżały mi tu w domu”. Przecież najgorsze w odchudzaniu jest patrzeć na coś i nie móc tego zjeść. Pozbyłam się wszystkiego i nigdy więcej nie przyniosłam tego do domu.

Mimo wszystko nadal, aż do teraz brakuje mi chleba - naprawdę. Mogłabym zabić, żeby usiąść i zjeść włoskiego chleba z masłem. Ale tego nie zrobię, jak dieta to dieta. Podczas ostatnich kilku tygodni niewiele brakowało, żebym złamała dietę - po prostu miałam ochotę spróbować to tego, to tamtego. Rzeczy, których przedtem nawet bym nie ruszyła. Spytałam znajomego w pracy, czy zauważył że coś robię inaczej. A on odparł: “Tak. Kiedy jemy razem lunch w biurze. Przedtem nawet nie ruszałaś tego, czego ci nie wolno, a teraz bierzesz łyżkę lub dwie.” Czyli jednak trochę się opuściłam. Ale dobrze wiedzieć, będę musiała pilnować się z węglowodanami przez resztę życia.

Ciąg dalszy listu w kolejnym poście…

Posted by boby at 12:59:56
Comments

Leave a Reply